Niedawno miałam okazję obejrzeć lekką komedię romantyczną produkcji amerykańskiej pt.: „Duchy moich byłych” i choć nie jest to mój ulubiony gatunek filmowy to muszę przyznać że to jedna z tych, które są „na poziomie” pod względem fabuły, humoru, jak również gry aktorskiej.
Historia jest prosta. Connor (Matthew McConaughey) gwiazda branży fotograficznej prowadzi hulaszcze życie łamiąc serca napotkanym kobietom. Los chce, że jego młodszy brat Paul (Breckin Meyer) postanawia się ożenić. Connor zjawia się więc na przygotowaniach poprzedzających ceremonię ślubną. W rodzinnym domu spotyka swoją dawną miłość Jenny (Jennifer Garner), która nadal żywi do niego głębsze uczucia…
Na wieczornym przyjęciu po obrzydzeniu wszystkim instytucji małżeństwa i paru gorzkich dowcipach Connor zakrapia się alkoholem i wtedy objawia mu się duch wuja Wayna (Michael Douglas), który to zaszczepił w nim owo ziarno przebojowego życia, z którego Connor czerpie pełnymi garściami. Wuj zjawia się jednak w określonym celu, a mianowicie chce go przestrzec przed takim stylem życia, który prowadzi jedynie do samotności i unieszczęśliwiania innych. W tym celu zabiera go w podróż w czasie, by siostrzeniec zrozumiał swoje błędy i wyciągnął wnioski. Oprócz wujka Wayna główny bohater spotyka dwie inne postaci, a mianowicie ducha swojej „pierwszej” dziewczyny oraz ducha z przyszłości.
Matthew McConaughey znany z ról amantów wydaje się być idealnym także i tym razem do roli playboy’a i łamacza serc. Trzeba przyznać, że jest w tym szalenie przekonywujący, natomiast partnerująca mu Jennifer Garner pomimo sympatycznego wyglądu i poprawnego grania nie rozczula mnie specjalnie w granej przez siebie roli. Ognikiem w całej opowieści jest postać grana przez Michaela Douglasa, którego nad wyraz dobrze ogląda się w filmie komediowym, choć jest to aktor kojarzący mi się głównie z poważnymi rolami.
Zaskoczeniem jest rola Sandry (narzeczonej Paula), którą zagrała Lacey Chabert, z pamiętnego sprzed lat serialu „Ich pięcioro” (Party of Five 1994-2000), w którym zaczynała grać jako dziecko. Nie widziałam jej chyba od tamtego momentu w żadnej większej roli.
Podsumowując, jest to komedia doskonała na piątkowe wieczory, zapewnia rozrywkę i nie nadwyręża szarych komórek, tym bardziej, że jak to w komediach romantycznych bywa kończy się happy end’em!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz